Senator Jan Żaryn: „Przeprowadzimy ofensywę historyczną”!

0
0
1
/

O katastrofalnym wpływie braku polityki historycznej na tożsamość Polaków i planach spowodowania zmiany tego stanu rzeczy przez nowy rząd, z nowo wybranym senatorem Janem Żarynem rozmawia Aleksander Szycht.

 

Panie profesorze, a właściwie Panie senatorze. Mogę się jako historyk domyślać, że Pan również jako historyk będzie w parlamencie walczył o historię, najdelikatniej mówiąc traktowaną po macoszemu. Czy tak nie jest? Wielu ma na to nadzieję.

 

- W programie PiS historia, pamięć o naszych dziejach, kwestia budowania tożsamości narodowej, rola instytucji państwa w tym zakresie, te wszystkie punkty i wiele innych były podnoszone w czasie kampanii przez kandydatów Prawa i Sprawiedliwości. Można więc liczyć na to, iż ta sfera będzie istotną od samego początku, gdy tylko powstanie rząd i odpowiednie ministerstwa, w tym Ministerstwo Edukacji Narodowej, Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a także senat, który być może ponownie zajmie się kontaktami z Polonią i Polakami na wschodzie.

 

W pierwszym rzędzie będę starał się bez wątpienia czynić dwie rzeczy. Z jednej strony wpływać na powstawanie instytucji w Polsce, które miałby na celu tworzenie i realizowanie polskiej polityki historycznej na zewnątrz państwa polskiego. To dzisiaj szalenie ważne, ponieważ dzisiaj ten język fałszu historycznego, jest stosowany przeciwko Polsce, a ma na celu zdeprecjonowanie naszej pozycji międzynarodowej. Te fałsze dotyczą przede wszystkim przebiegu II wojny światowej, czy interpretacji roku 1945. A nawet zaszły tak daleko, że z narodu – ewidentnej ofiary, napadniętej 1 i 17 września 1939 roku zostaliśmy ustawieni jako współsprawcy wybuchu tej wojny. W tej właśnie sferze szeroko pojętej polityki historycznej zewnętrznej musimy stworzyć pewnego rodzaju instytucje, zajmujące się naciskiem międzynarodowym, idącym w dwóch kierunkach. Z jednej strony to obrona dobrego imienia Polski, ale to nie jest wystarczające. I drugi dużo poważniejszy kierunek ataku, tj. bardzo świadoma polityka promocji polskiej historii w świecie. I to wymaga oczywiście namysłu, wymaga pieniędzy, ludzi którzy by się tym zajmowali i partnerów zewnętrznych w narodach i państwach europejskich, amerykańskich. Tutaj zwłaszcza ważny jest kontakt nasz z Polonią.

 

Zatem nie tylko obrona, ale i ofensywa historyczna Panie Profesorze?

 

- Tak jest, tak właśnie mówię. Nie tylko obrona naszego przekazu historycznego jest ważna, bo to jest reagowanie jedynie na fałsze historyczne, a ofensywa na rzecz polskiej historii XX wieku, za pomocą powstających instytucji winna być ona realizowana i przemyślana. Mam na myśli np. celowe powstawanie puli stypendiów dla młodego pokolenia uczonych brytyjskich i amerykańskich, francuskich i niemieckich, zainteresowanego historią Polski. Mam tu także na myśli kulturę masową, której nie możemy zostawić środowiskom antypolskim, czyli powinniśmy finansować scenariusze i produkcje filmowe; zapraszać do kręcenia propolskich dzieł wybitnych reżyserów holywoodzkich.

 

To jest właśnie szeroko pojęta ofensywa, która mogłaby zaowocować, nie w ciągu jednego roku, czy dwóch, tylko trzeba to raczej widzieć w długim planie. Planie realizowanym w perspektywie 10-20 lat, planie, jaki wiązałby się z narodzeniem się i dojrzewaniem całego młodego pokolenia Europejczyków i mieszkańców Stanów Zjednoczonych, w tym inteligencji amerykańskiej i zachodnioeuropejskiej, które by powoli wyzbyło się tych kalek fałszujących nasze dzieje. A te kalki powstawały, przypomnę od zakończenia drugiej wojny światowej do lat 90-tych, bez de facto należytej reakcji ze strony państwa polskiego, co w okresie PRLu było oczywiste, ale już po odzyskaniu niepodległości jest to ewidentne zaniedbanie.

 

 

Mówił Pan, że się robi katów z narodu ofiar, czyli nas, ale trzeba zwrócić uwagę, że jest także odwrotnie, robi się na siłę naród ofiar. Jednak nie mamy z tym do czynienia na zachodzie, ale podobne wzorce są chociażby na wschodzie, choćby na Ukrainie, o Rosji nie wspominając. A nawet na Litwie, kraju Unii Europejskiej, gdzie przemilcza się Holocaust dokonany przecież przez mieszkańców tego małego kraju. To jest coś wręcz niebywałego.

 

- Bez wątpienia mamy do czynienia z pewnym, nie tyle fenomenem, co oczywistością. Tylko my ją dopiero zauważyliśmy, jako naród generalnie, bo elity prawicowe wiedziały o tym od dawna, że historia to nie jest zamknięta przeszłość, zdefiniowana jedynie przez uczonych i hobbystów. Historia jest żywą materią, która podlega ustawicznej formacji, bądź deformacji, także z punktu widzenia bieżących interesów politycznych. I każde państwo europejskie jest bardzo mocno, z jednej strony zanurzone we własnej historii, a z drugiej strony próbuje własną narrację historyczną „sprzedać” światu zewnętrznemu, jako bezdyskusyjną. Problem polega na tym, że my jako naród Polski nie musimy się wstydzić, nie musimy naginać, nie musimy kłamać na temat naszej przeszłości. Przynajmniej, my jako rozmówcy, pan i ja mamy świadomość, że możemy być dumni z własnej przeszłości. Wiemy też jak powszechność naszej świadomości ułatwiłaby tę ekspansję narracyjną, która wpisywałaby się w stan bieżącej walki o bezdyskusyjny, polski wymiar opowieści o przeszłości. Niestety, tak się nie dzieje, mimo iż podobnie do nas myślących jest w Polsce więcej osób.

 

Świat zewnętrzny nie wie o istnieniu polskiego państwa podziemnego, jako fenomenu na skalę europejską i światową lat 1939-1945. Świat zewnętrzny nie wie, że polskie państwo podziemne i rząd polski na uchodźctwie to były jedyne struktury państwowe w ówczesnym czasie antyniemieckie, które miały za jeden z celów w wojnie, wspieranie i pomaganie Żydom, mordowanym na polskich ziemiach przez Niemców. Świat nie wie, że nie pogodziliśmy się z utratą niepodległości i mieliśmy w związku z tym długie jeszcze trwanie po 1944 roku, wojny z przeciwnikiem, jakim był bolszewizm, czyli to co nazywamy nową okupacją, przy akceptacji tego stanu rzeczy przez naszych zachodnich sprzymierzeńców. I bardzo wiele, wiele innych wydarzeń z dziejów najnowszych moglibyśmy wymieniać, o których właśnie jako o faktach - świat zewnętrzny nie wie, a które w sposób bezdyskusyjny winne być przezeń przyjęte. Tak bezdyskusyjnie, jak jest przyjęta prawda o zagładzie, która to wiedza o losie Żydów znajduje się we wszystkich możliwych podręcznikach szkolnych, akademickich świata. Przecież nikt tego nie podważa i słusznie, że naród Żydowski został wymordowany planowo przez Niemców w okresie II wojny światowej. To jest to nasze zadanie zewnętrzne bardzo ważne, które jest oczywiście współzależne od zadania wewnętrznego, co do polskiej edukacji. My sami musimy się uzbroić w wiedzę, dumę, dotyczącą naszej przeszłości. Czyli musimy też zmienić edukację powszechną historyczną na poziomie szkoły podstawowej, gimnazjalnej, średniej aż do matury tak byśmy mieli rozpoznany wspólny kod historyczny i kulturowy.

 

Powiedział pan o uczonych brytyjskich, amerykańskich, zachodnich, których trzeba zapraszać na stypendia i zapoznawać z naszą historią i tym, jaka jest wspaniała. Nie powinniśmy się ograniczać tylko do Zachodu. Chciałem nawiązać do tego co się działo przez 25 lat. Weźmy pod uwagę proces choćby przyjeżdżania masowo młodzieży ukraińskiej i nie tylko. Jednak przykład przyjazdu na studia młodzieży ukraińskiej jest najbardziej znamienny. Powinni tu oni zapoznawać się, już nie nawet tyle z polskim punktem widzenia, co w wielu kwestiach po prostu z prawdą jak to rzeczywiście było. To się nie tylko nie działo, co wielu wypadkach utwierdzali się na miejscu w tych swoich nacjonalistycznych stereotypach historycznych i propagandowych, parafowanych niejako w wielu miejscach przez instytucje, wydziały, organizacje pozarządowe, które powinny robić odwrotną robotę. Nawet Ukraińcy ze wschodu mający do tego stosunek obojętny wyjeżdżali jako wojujący nacjonaliści. Z takim procederem mieliśmy do czynienia. Tak samo ci młodzi uczeni z zachodu przyjeżdżają oddychając retoryką mediów mainstreamowych i zaczynają np. „mówić Wyborczą”.

 

- Mamy oczywiście w naszych elitach inteligencji takie grono ludzi, którzy antypolonizm uznali za swoje credo i próbują niejako językiem obrażania Polaków, czy poprzez fałsz historyczny, dotyczący polskiej przeszłości zbratać się z sąsiednimi narodami. Liczą na to, że ten fałsz jest drogą do jakiegokolwiek pojednania i porozumienia, a tych Polaków, którzy nie chcą przystać na fałsz wyzywają, zresztą od początku transformacji „nacjonalistami”, „szowinistami” oraz określają innymi „izmami”. To jest oczywiście pewien zamysł strategiczny, w którym szczególnie środowiska postkomunistyczne, lub środowiska inteligencji polskiej umoczone w szeroko pojęty komunizm chcą dwie rzeczy na jednym ogniu upiec. Z jednej strony wpłynąć na to żeby Polacy zatracili dobrą opinię na temat własnych przodków, własnej przeszłości, życiorysy swoich pradziadków (tak jak w PRL było to bardzo silnie wytworzone), a z drugiej strony by na tej bazie fałszu historycznego nie zmuszać z kolei tych naszych sąsiadów, do odkrycia iż to ich historia bardzo często jest umoczona w zbrodnie. I to dotyczy z jednej strony narodu ukraińskiego, którego nie tylko nie potrafimy oduczyć antypolskich naleciałości w interpretowaniu stosunków polsko-ukraińskich w przeszłości, ale także w gruncie rzeczy przez to krzywdzimy samych Ukraińców.

 

Powinniśmy to mówić bardzo wyraźnie, ze jeżeli chcą być narodem europejskim i chcą wkraczać do tutejszej rodziny cywilizacji łacińskiej, to nie mogą tego zrobić, de facto afirmacyjnie wspierając ludobójcze organizacje OUN-UPA i ich struktury wojskowe. Nie mogą bowiem z powodów moralnych akceptować ludobójstwa jako formy rozwiązywania sporów międzynarodowych. Jeżeli tak próbują dzisiaj głosić chwałę banderowcom i na pomnikach ich stawiać to znaczy, że są gotowi tymi narzędziami posługiwać się w przyszłości. A to jest bardzo odległe od pozytywnej tradycji europejskiej. Póki Europa jest Europą to mam nadzieję, że takich praktyk ludobójczych nie będziemy honorować. Tak jak nie uhonorowała po wojnie swoistego dorobku cywilizacyjnego III Rzeszy, jak np. użycia Cyklonu B.

 

Panie profesorze z naszej rozmowy wynika w tym momencie, że historia jest częścią naszej tożsamości, co jest właściwie oczywiste. Bez niej naród ma najpierw kompleksy, później przestaje istnieć, zgodzi się Pan? Wydaje się, iż w tej kwestii przez ćwierć wieku w Polsce nie tylko nie zrobiono nic dobrego, ale też wiele złego?

 

- Przede wszystkim sami jako naród po 1989 roku zostaliśmy bardzo mocno przećwiczeni, w sytuacji kiedy jeszcze nie przedyskutowaliśmy swojej historii po dziesięcioleciach PRL. Namacalnym przykładem procesu ćwiczenia nas batem była książka Jana Tomasza Grossa pt. Sąsiedzi z zakłamaną treścią i zakłamaną interpretacją, która uderzyła w nas w momencie kiedy jeszcze nie odkryliśmy pamięci wspólnotowej, choćby fenomenu ratowania Żydów w czasie II wojny światowej. Zarówno zinstytucjonalizowanej, jak i indywidualnej formy pomocy. To jest oczywiście przykład dotyczący szerszego kontekstu. A mianowicie w PRL byliśmy w ogóle bardzo mocno zatomizowani.

 

Jedną z tych form naszego zatomizowania to było niedopuszczenie do wymiany pamięci środowiskowej, rodzinnej, biograficznej, regionalnej. Inaczej: Polacy z Mazowsza, nie wiedzieli o przeżyciach Górnoślązaków w 1945 roku i w następnych latach, wyrzucanych do Niemiec mimo że nie byli Niemcami, z kolei aresztowanych i wywożonych do Związku Sowieckiego w 1945 r. do tamtejszych kopalni. Z kolei myśmy także nie wiedzieli o losach Kaszubów w 1945 roku. Nie wiedzieliśmy o losach Wołyniaków, którzy uratowali się z rzezi. Z kolei oczywiście inne środowiska, dalsze od Warszawy nie znały tragedii dogłębnie przeżywanej przez uczestników powstania warszawskiego. Ludzie oddaleni od osób należących do rodzin żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych nie wiedzieli rzecz jasna jaka jest skala kłamstwa oskarżeń o bandytyzm i wspieranie III Rzeszy – rzekomo – żołnierzy i oficerów tej formacji w czasie II wojny światowej, itd. Można by wiele mówić o niemożności w tym okresie PRL komunikowania się wzajemnego na poziomie przekazywania przeżyć rodzinno-środowiskowych. Przykładem najbardziej znanym jest historia rodzin katyńskich. I jeszcze na początku lat 90-tych myśmy nie rozpoczęli tego procesu wzajemnego odkrywania siebie i swoich cierpień, a już otrzymywaliśmy nowe ciosy, które miały nas pognębić i spowodować dezintegrację, wstyd i wole porzucenia przodków. I niestety na czele tego zjawiska dezintegracyjnego stanęła spora część polskiej elity intelektualnej, ta część haniebna, ale tak było.

 

Rzeczywiście obserwuję to także pod względem tyleż perfidnej, co absurdalnej próby przeciwstawiania sobie rodzin pomordowanych przez UPA z rodzinami walczącymi z okupacją sowiecką – dokonywanej przez Rosjan i nacjonalistów ukraińskich, którzy próbują podzielić między siebie Polaków jako swoich stronników. Jednak chciałem prosić Pana profesora o wyraźne stwierdzenie: Demontaż państwa to także, a może przede wszystkim demontaż historii?

 

- Tak. Przede wszystkim demontaż państwa to demontaż narodu, który jest zainteresowany albo nie, żeby go państwo reprezentowało. My w ciągu tych ostatnich ośmiu lat doświadczamy tego zjawiska demontażu, w którym znaczna część narodu nie będąca w swej postawie narodem obywatelskim pozostawiła państwo urzędnikom i partyjnym działaczom Platformy Obywatelskiej. A ci wpadli na pomysł, że dobrym sposobem na funkcjonowanie w urzędach państwowych jest słuchanie silniejszych, czyli Niemców i przede wszystkim biurokratów Unii Europejskiej, właścicieli kapitału zachodniego, w tym bankowego i supermarketów, itd., itd. Czyli całej tej wielkiej rzeczywistości zewnętrznej, która starała się z naszego terytorium wydrenować jak najwięcej pieniędzy.

 

Tymczasem brak takiej zdecydowanej reakcji obywatelskiej przeciwstawiającej się temu procederowi, tylko i wyłącznie podgrzewał do dalszych aktów przemocy wobec kieszeni obywatela. Politykę taką prowadziła elita Platformy Obywatelskiej, a w nagrodą za to miały być stanowiska, dla pana Donalda Tuska, czy paru innych urzędników dzisiejszych struktur unijnych. I jeszcze kazano nam być dumnymi z tego faktu. Dopiero afera taśmowa obnażyła smutną prawdę o tych pseudoelitach narodu.

 

Panie profesorze mówiliśmy o filmach oraz ich roli w polityce historycznej, kształtowaniu tożsamości postaw młodych ludzi. W związku z tym wspomnijmy o serii gniotów: „Bitwa Warszawska”, „Bitwa Wiedeńska”, „Sierpniowe niebo”, „Miasto 44”, „Był sobie chłopiec”, „Tajemnice Westerplatte”.

 

- Tak to sknocone dzieła, ale czemu Pan te przykłady podaje? To prawda, ale równie dobrze można opowiedzieć o twórczości lepszej, czyli serialu „Czas honoru”, czy twórczość Wojtka Tomczyka i też znajdziemy tutaj jakąś równowagę, polegającą na tym, że mamy bardzo zdolnych reżyserów, mamy zdolnych aktorów. To nie jest oczywiście przypadek, że często produkcje złe, także antypolskie wręcz są sponsorowane przez budżet państwa polskiego i z naszych podatków, ale jednak bym nadal rozdzielił, tj. złe filmy, które mogą być zarówno „bogoojczyźniane”, jak i antypolskie, ale mają jedną cechę wspólną: one są po prostu złe, źle zrobione, nieudolnie, od filmów intencjonalnie antypolskich, które mają w dużej mierze nie porwać, ale służyć różnym państwom i wpływowym środowiskom jako legitymizowanie ich fałszywych opowieści o historii, szczególnie II wojny światowej.

 

Dodatkowo, film antypolski staje się także biletem wejściowym na salony międzynarodowe. I tutaj kompromisu, czy jakiegoś dialogu z takimi producentami, z takimi decydentami, którzy postanowili, ze można coś takiego wprowadzać na rynek za nasze pieniądze, nie ma, bo nie ma fundamentu wspólnego. Oczywiście zawsze może się okazać, że jakieś produkcje będą nieudolnie wykonane. Nie mieszałbym jednak pana Hoffmana z reżyserem filmu „Pokłosie”, bo to są dwa różne przypadki.

 

Filmy takie jak „Ida” czy „Pokłosie” są akurat oczywiste w przekazie i zrobione bez żadnego pozoranctwa w konkretnym celu, ale w odniesieniu do szmiry powiedziałbym, że nie ma równowagi między nią a przekazem dobrym (nie rozsądzając co z wymienionych przeze mnie filmów było zrobione intencjonalnie, a co nie), a wyjątkami od reguły takimi jak „Czas honoru”.

 

- Tak. Oczywiście. Miejmy nadzieje, że nastąpią rządy ludzi świadomych, że głos narodu polskiego, który zdecydował, że prawa strona ma w Polsce rządzić spowoduje też taką konsekwencję, że przyszły Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego będzie realizował głos tegoż narodu. Czyli będziemy jako państwo wspierać dobre produkcje historyczne sławiące naród polski, sławiące postaci takie jak rotmistrz Pilecki (przypomnę, że film o nim powstał za pieniądze prywatne), czy bohaterowie polskiego państwa podziemnego. To wszystko właśnie będzie pewną naturalną konsekwencją demokratycznego wyboru, który został wykonany 25 października, a oczywiście będzie się to działo przy akompaniamencie wrzasku mainstreamowego. Wrzasku o nietolerancyjności rządów PiSu, zaborczość i eliminowanie „wielkich” twórców, którzy chcą nam koniecznie opowiedzieć głównie o sobie, ale trudno taka jest konsekwencja przejmowania pałeczki przez naród polski.

 

Panie profesorze. W wątkach historycznych budzących polską dumę, o czy mówiliśmy powyżej, bardzo często istotną rolę bądź kluczową odgrywali ludzie z Kresów. Nie tylko w wieku XX, ale i w wiekach wczesniejszych. Stawiam tezę, że nie tyle Kresy są ważną częścią historii Polski, ale wręcz jej sercem, czymś najpiękniejszym. I właśnie dlatego polska obecność na Kresach, przemilczana za PRLu była atakowana od początku III RP.

 

- Tak. Ja powtarzam wielokrotnie, że z jednej strony dzisiejsi gospodarze tych ziem muszą mieć świadomość, iż mają za zadanie opiekowanie się polskim dziedzictwem kulturowym, tym dziedzictwem materialnym, widocznym w architekturze sakralnej, dworskiej, także na cmentarzach. To wszystko jest polskim dziedzictwem, które powinno być chronione i podlegać tej ochronie ze strony państw gospodarzy tych terenów dzisiaj. A z drugiej strony musimy bardzo mocno przypominać, że choćby nasza XIX-wieczna twórczość wieszczów, ale także autorzy powieści historycznej, nasza wielka tradycja malarstwa, tamtejsza architektura dworska, jest tym naszym dziedzictwem, które bardzo silnie i jednoznacznie terytorialnie pokrywa się z terytorium Kresów Wschodnich. Z kolei bez Lwowa, miasta zawsze wiernego Polsce, nie ma narodu polskiego. To dziś jeszcze w miarę oczywiste, choć dziś mocno bardzo niepoprawne politycznie – przypominanie tych oczywistości.

 

Lwów to np. największy bastion polskich uczonych.

 

- Na przykład, tak. Bastion zarówno uczonych humanistów, jak i polskich szkół nauk ścisłych, ze szkołą matematyczną na czele, ale także wielka szkoła filozoficzna lwowska. To wybitne polskie nazwiska, które za czasów sowieckich miały być wykreślone z panteonu jakiegokolwiek narodu, ich groby były bezczeszczone na Łyczakowie, zasłaniane nowymi tablicami nagrobnymi, a dziś po części jest to falsyfikowane przez próbę przejmowania ich przez dzisiejszych gospodarzy.

 

Coraz częściej spotykam się, że także media prawicowe nie są uczciwe w temacie ludobójstwa OUN-UPA. Marek Jakubiak został zaatakowany na antenie TV Republika za wspieranie portalu kresy.pl na antenie telewizji Republika. Witryna zajmuje się m.in. ludobójstwem wołyńsko-małopolskim i dziennikarz utrzymywał, że w jej przekazie widać, iż jest ona sprzeczna z polskim interesem. Mówienie głośno o zbrodni na być antagonizowaniem z Ukrainą.

 

- To samo dotyczyło księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, który był oskarżany, że krytykując pozytywnie rozpamiętujących ludobójstwo na Wołyniu [i w Małopolsce Wschodniej], wpisuje się w działania agentury putinowskiej w Polsce. Nie ma jak bronić się, ani komentować. Wiadomo, że w naszej dyskusji wewnętrznej po prawej stronie odbywające się, nie możemy wzajemnie się wykluczać. Nie trzeba się obrzucać błotem tylko dlatego, że mamy jakieś inne zdanie, które nie pasuje do pożądanego celu politycznego.

 

Ja osobiście mogę powiedzieć, że jestem jak najbardziej zwolennikiem koncepcji Międzymorza Bałtyk – Morze Czarne – Adriatyk, jako obszaru narodów i państw szukających własnych interesów wspólnych, przed wiecznie żywym zagrożeniem nie tylko historycznego paktu Ribentropp-Mołotow, ale to nie znaczy, żeby te wątki wspólne miały być jednocześnie plutonem egzekucyjnym dla prawdy historycznej. To są dwa równolegle dziejące się światy. Świat polityki, w którym szukamy poważnych sojuszników, a jednocześnie świat prawdy historycznej, który wzmacnia, ale tylko poprzez prawdę historyczną ten rzeczywisty sojusz. Naród ukraiński nie jest zdolny do samorefleksji bez pomocy Polski i Polaków, ale takiej, w którym Polska i Polacy mówią, że na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej odbyło się ludobójstwo.

 

Czy te sprawy, o których mówiliśmy, to nie jest oddawanie monopolu Rosjanom na narrację o banderowskiej hekatombie Polaków z Wołynia i Małopolski Wschodniej, tylko po to by później następowały oskarżenia wspomnianych środowisk o prorosyjskość.

 

- Tak jak powiedziałem, na tym poziomie oskarżenia o prorosyjskość nie interesują mnie o tyle, ze one są taką pałą, używaną do walenia po głowie, a te relacje Polski z sąsiadami, to dużo bardziej misterna gra, w której to misternej grze musimy bronić: interesów polskiego dziedzictwa tam się znajdującego, polskiej ludności, czyli Polaków tam mieszkających; tu szczególne wyzwanie czeka wykonawców polityki MSZ. I to jest polski nakaz i moralny i nakaz, związany z polskimi interesami narodowymi. A to czy się komuś to podoba, czy nie; czy ktoś kogoś nazwie agentem czy nie, to rzecz w tym sensie drugorzędna, że nie może ona wpływać na konstrukcję fundamentalnych zasad polskiej polityki wschodniej.

 

A kwestia zdjęcia plakatów biegu niepodległości z granicami wschodnimi II RP ze Lwowem i Wilnem na żądanie mera Lwowa i Witolda Jurasza, syna szarej eminencji PRL, który jest zapraszany jako ekspert do TV Republika [więcej informacji można znaleźć TUTAJ]. I nie chodzi, ze jest synem swojego ojca, lecz że wykazuje się pewnymi reakcjami rodem z tamtej epoki.

 

- Cóż tu komentować. Wiadomo jakie były granice Polski przedwojennej, chyba, żebyśmy uważali, że to nie była Polska. Jeżeli ktoś chciałby wytrzeć gumką II Rzeczpospolitą, to wycina nam serce, to gdzie tutaj jest możliwość firmowania takiej optyki widzenia dziejów Polski.

 

Żołnierze Wyklęci, którzy są porównywani do upowców po wojnie.


- To jest problem, który nie jest taki wcale prosty. Żołnierze Niezłomni to jest długie trwanie polskiego państwa podziemnego, te same zasady, te same wartości ci sami ludzie, którzy zaczęli wojnę 1 września 1939 roku i walczą o niepodległość i walczą z pozycji coraz bardziej straceńczych. Bowiem układ po 1945 roku wpisał nas, bez żadnej naszej zgody pod dominację sowiecką. Z drugiej strony bez wątpienia także partyzantka czy to litewska, czy to ukraińska po wojnie jest tępiona i mordowana w procesach sądowych, bądź na polu walki z oddziałami leśnymi przez struktury NKWDowskie. Kłopot polega na tym, ze o ile tamci partyzanci litewscy, czy ukraińscy mają za sobą często hańbiącą ich przeszłość, o tyle w przypadku polskich żołnierzy niepodległościowych mają oni chlubną kartę walki z najeźdźcą z września 1939 roku z państwem niemieckim, czyli ideologią rasistowską III Rzeszy. Natomiast z perspektywy akt sądowych sowieckich po 1944 roku i z perspektywy grobów tajnych pochówków, np. na terenie Tuskulenów, dzisiaj Wilna – egzekutorzy tego prawa chcieli widzieć akowców, jak i partyzantów litewskich, jako bandytów, którzy mordowali Żydów w czasie wojny i dalej próbowali sprzeciwić się istnieniu na tym terenie istnieniu światłego i postępowego państwa sowieckiego, walczącego z faszyzmem. Ci partyzanci stali się także męczennikami!

 

Dziękuję za rozmowę.

 

© WSZYSTKIE PRAWA DO TEKSTU ZASTRZEŻONE. Możesz udostępniać tekst w serwisach społecznościowych, ale zabronione jest kopiowanie tekstu w części lub całości przez inne redakcje i serwisy internetowe bez zgody redakcji pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Źródło: prawy.pl

Sonda
Wczytywanie sondy...
Polecane
Wczytywanie komentarzy...
Przejdź na stronę główną