„Numer 32” jest to opowieść o przeprowadzce rodziny do nowo zakupionego mieszkania, która zaczyna podejrzewać, że może to być miejsce nawiedzone przez złe duchy. Pół żartem można powiedzieć, że jest to obraz „życia jak w Madrycie”, bo właśnie do tego miasta przyjeżdżają bohaterowie. Akcja dzieje się w 1976 r., kiedy rodzina rolników postanawia sprzedać wszystko i rozpocząć lepsze życie w mieście. Od początku przychodzi im to z trudem. Ojciec rodziny nie odnajduje się w miejscowej fabryce, z której zostaje w końcu zwolniony, a matka w sklepie odzieżowym, gdzie spotyka ją krytyka. Miejskie życie nie okazuje się lepsze od wiejskiego, a do tego w samym mieszkaniu dzieją się dziwne rzeczy. Najpierw syn znika na kilka dni i nie wiadomo, co się z nim dzieje. Potem dziadek przemawia nie swoim głosem, dzwoni telefon, w którym słychać dziwne głosy (chociaż jest niepodłączony), a nieistniejąca sąsiadka przesyła niezrozumiałe wiadomości na sznurku od prania. Te różne przerażające doświadczenia spotykają kolejne osoby z rodziny, które jednak wstydzą się o tym rozmawiać i przez to nie reagują odpowiednio.

W końcu wychodzi na jaw, że mieszkanie jest opętane, a rodzina próbuje je opuścić, ale nie może, bo jest związana kredytem hipotecznym. Zaczyna się próba zrozumienia ducha, w czym pomaga siostra człowieka, który mieszkał tam wcześniej i pewna pani z upośledzoną córką, będącą medium.

Okazuje się wówczas, że wbrew temu, co na początku filmu sugerowano, dawniej, w tym mieszkaniu nie żyła staruszka, ale mężczyzna, będący transwestytą. Opuszczony i wyklęty przez rodzinę, odizolowany od sąsiadów, którego lokum musiały szerokim łukiem omijać dzieci, tak pouczone przez rodziców, zmarł w samotności i rozpaczy. Za życia marzył tylko o tym, aby mieć dziecko, dlatego kiedy zjawili się nowi lokatorzy, próbował odebrać im nienarodzone jeszcze dziecko (na marginesie ciekawe jest to, w kontekście dyskusji obecnej w Polsce, że matka dziecka próbuje wypić trutkę na szczury, by wywołać poronienie, a duch jej przeszkadza i wyszywa na tkaninie napis: „szmata”. W końcu kobieta postanawia je zatrzymać).

Dziewczyna, która jest w ciąży, przeprasza ducha za wszystkie krzywdy, które spotkały go ze strony ludzi. Jest wstrząśnięta jego historią, którą opowiedziała jego siostra. Ona też go wyklęła, a na uwagę, że powinna go zaakceptować, stwierdziła: „W życiu! Dlaczego był inny? Dlaczego nie mógł być taki jak wszyscy?”. Duch daje w końcu za wygraną, kiedy jeden z członków rodziny składa w ofierze swoje życie.

Bez tego debilnego zakończenia, motywu transwestyty, który wychodzi na końcu filmu, byłby to bardzo dobry horror. Tak otrzymujemy propagandową agitkę dla nastolatków, którzy żądni silnych wrażeń otrzymują naukę, że transwestytyzm to jedynie wybór jak każdy inny i trzeba go uszanować. Jest to niezgodne z wiedzą medyczną i wpisuje się w przekonania marksizmu kulturowego o relatywizmie wszystkiego.

Znamienne jednak, że można w tym filmie doszukać się odwrotności „Psychozy” Hitchocka. W obu wypadkach mamy do czynienia z transwestytą, który okazuje się żądny krwi, co staje się kanwą horroru. W tamtym wypadku, w starych dobrych czasach, jest jednak jednoznacznie powiedziane, że on chorował psychicznie. Tutaj, on jest normalny, a choruje całe społeczeństwo, które go nie akceptuje. Niestety, film ten jak w soczewce pokazuje zmiany kulturowe i totalne zagubienie, w którym się znaleźliśmy. Reżyser stara się w nas wywołać współczucie dla ducha-mordercy pewnego transwestyty, która chciał mieć dziecko, choć jednocześnie nic mówi o tym, że z kimś. Budzi to skojarzenie ze współczesnymi homoseksualistami, których dramat polega na tym, że nie mogą adoptować dziecka, a przecież chcieliby go (tak jakby był on jakąś rzeczą lub zwierzęciem). Moglibyśmy się z tego śmiać, ale Strajk Kobiet pokazał, że nastolatkowe chłoną jak gąbki podobne bzdury i łatwo przyjmują ideologiczne treści.