Donald Trump nie uznał jednak zwycięstwa swojego kontrkandydata. Urzędujący prezydent wskazuje na, jego zdaniem, liczne nieprawidłowości przy oddawaniu oraz liczeniu głosów. Podkreśla konieczność ponownego przeliczenia głosów i podważa uczciwość samych wyborów. Jak twierdzi, podczas głosowania mogło dojść do fałszerstw wyborczych.
Wygramy! – taki wpis zamieścił Trump we wtorek na Twitterze. Polityk napisał też: "Robimy duży postęp. Wyniki zaczną przychodzić w przyszłym tygodniu. Sprawmy, aby Ameryka znowu była wspaniała!".


Dzisiaj z kolei Trump zamieścił wpis, w którym wprost obwołał się zwycięzcą wyborów. 


Wygrałem wybory – napisał wprost na Twitterze. 

]
Prokurator generalny William Barr zezwolił na śledztwo na terenie całych Stanach Zjednoczonych ws. nieprawidłowości w wyborach prezydenckich. 


Associated Press informuje, że prokurator generalny rozesłał specjalną notatkę, w której nakazał przeprowadzenie śledztwa w sprawie nieprawidłowości wyborczych. Podkreślił jednak, aby nie zajmować się zarzutami, które są jedynie "fantazyjnymi lub są naciągane".


Upoważniam was do śledztwa w sprawie poważnych zarzutów dotyczących nieprawidłowości w głosowaniu i liczeniu głosów przed zatwierdzeniem wyborów – napisał Barr. 


W sobotę przez Waszyngton przemaszerowali zwolennicy prezydenta USA Donalda Trumpa, by zaprotestować przeciwko - jak twierdzą - oszustwom wyborczym. Marsz rozpoczął się w południe, czyli o godzinie 18 czasu polskiego. Zwolennicy prezydenta zebrali się na Placu Wolności nieopodal Białego Domu i przeszli przed budynek Sądu Najwyższego na Wzgórzu Kapitolińskim.
Manifestacja - którą organizatorzy określili jako "marsz miliona" - odbyła się pod hasłem "stop the steal", czyli "powstrzymać kradzież". Uczestnicy skandowali to hasło, krzyczeli też: "we are the champions". 


W manifestacji poparcia dla Donalda Trumpa wzięło udział kilkanaście tysięcy jego zwolenników. Początkowo protest przebiegał spokojnie, jednak po zapadnięciu zmroku uczestnicy manifestacji zostali zaatakowani przez przeciwników urzędującego prezydenta USA. 


Do sprawy odniósł się sam Donald Trump. Skrytykował jednocześnie burmistrz Waszyngtonu Muriel Bowser, twierdząc, że reakcja policji była nieadekwatna do brutalności napastników.  


- Gdy zapadła ciemność, kontrmanifestanci wywołali więcej chaosu, nękając stronników Trumpa, kradnąc czerwone czapeczki oraz flagi i podpalając je - relacjonuje "Washington Post". W niektórych restauracjach, gdzie stołowali się zwolennicy prezydenta, przewracano stoliki i wrzucano do nich fajerwerki. 


Przed Białym Domem nad żółtym napisem "Black Lives Matter" na asfalcie manifestujący rozciągnęli w wyrazie wsparcia dla policjantów flagę z napisem "Blue Lives Matter". Niektórzy ze stronników przywódcy USA zrywali antyrasistowskie i antyprezydenckie plakaty, zawieszone na ogrodzeniu przed Białym Domem.


O godzinie 22 czasu lokalnego władze miejskie poinformowały o 20 aresztowanych, dwóch rannych policjantach oraz jednym mężczyźnie ranionym nożem. Kolejny komunikat ma zostać wydany nad ranem w niedzielę.


Do największego starcia doszło ok. godz. 20, kilka bloków na wschód od Białego Domu. "Washington Post" pisze, że po stronie zwolenników prezydenta w ruch poszły policyjne pałki, a po obu stronach pojawiła się krew.


Trump napisał na Twitterze, że wśród atakujących byli radykalnie lewicowi bojówkarze Antify. 
- Radykalnie lewicowa ANTIFA została bez trudu odsunięta przez tłum demonstrujących, jednak wróciła w nocy, gdy 99 procent manifestantów już nie było, po to, by zaatakować starszych ludzi i rodziny. Policja tam dotarła, ale późno - podkreślił amerykański przywódca. Z kolei agencja Associated Press pisała o obecności po stronie marszu członków paramilitarnej organizacji Proud Boys, którą określiła jako "neofaszystowską grupę znaną z bójek z ideologicznymi przeciwnikami".   

PZ 
Źródło: DoRzeczy.pl, polskieradio.pl