Na portalu „Gazeta pl – eDziecko.pl" ukazał się list do redakcji „Moja siostra miała napisać wypracowanie na temat: "Czemu aborcja jest zła". Na religię. Nie mieści mi się to w głowie!". Jak już wynika z tytułu „30-letnia Julia z Wielkiej Brytanii ", która chce ewakuować z Polski swoją młodszą siostrę, ma tak małą głowę, że nie mieści się jej, jak ksiądz (przedstawiciel wyznania uznającego zabijanie nienarodzonych dzieci za grzech) mógł (na lekcji tego wyznania) zadać wypracowanie zgodne z nauczaniem katolickim. Równie dobrze autorka listu mogłaby się bulwersować tym, że na lekcji geografii omawiano linie brzegową Bałtyku.


30-letnia autorka listu deklaruje, uciekła z Polski „sześć lat temu", czyli gdy PiS doszedł do władzy. Uciekła od toksycznej rodziny, konkretnie z Podlasia. Jej zdaniem Podlasie „to jedno z takich miejsc, gdzie jak się nie chodzi do kościoła, to jest się najgorszym gatunkiem człowieka, a jak się ma niepełnosprawne dziecko, to się go nie wypuszcza z domu".


Autorka listu ma 12-letnią siostrę, która na strasznym Podlasiu cierpi, bo „ksiądz jej dokucza, gdy ma coś do powiedzenia w czasie lekcji, każe jej siedzieć cicho. Gdy kiedyś wypowiedziała się na temat praw LGBT, to inne dzieci ją zwyzywały, zniszczyły jej kurtkę. W takim miasteczku każdy myśli tak samo. Musi. Nie ma mowy o odstępstwie. Mieszkańcy potrafią zniszczyć życie rodzinom, które w jakiś sposób różnią się od innych. Dlatego rodzice bardzo siostrę dociskają, żeby nie odstawała. Bo to wstyd odstawać. Wspieram ją jak mogę, chcemy, żeby przetrwała do liceum, a potem uciekła do Anglii, do mnie".


Ta 12-letnią siostra to ofiara katolickiej Polski. Gdy odwiedzała swoją siostrę w Wielkiej Brytanii i rozmawiała z 8-letnią córką siostry „okazywało się, że ta młodsza wie więcej o dojrzewaniu, miesiączkowaniu i seksie, niż ta starsza z Polski. U niej w szkole i w domu takich tematów nie wolno poruszać. Moja córka zdaje sobie sprawę z różnych orientacji i z różnych tożsamości płciowych. Bardzo jej było przykro, gdy usłyszała kiedyś od dziadka obraźliwe słowa na temat innych wyznań i kolorów skóry".


Autorka listu deklaruje „wspieram strajk kobiet w Polsce, zmobilizowałam do tego ludzi z pracy, kilka dziewczyn wpłaciło pieniądze na Aborcyjny Dream Team. Wiem, jakie to ważne, mi samej kiedyś pomogły Kobiety na falach. Moja córka zrobiła plakat na strajk kobiet, powiesiła go w oknie".


W liście emigrantka twierdzi, że jej toksyczni rodzice uważają Strajk Kobiet za „zindoktrynowanych idiotów z ss-mańskimi błyskawicami" i, że emigranta ma »zły wpływ na siostrę, [...] że ją buntuję i ciągnę na brudny, zepsuty Zachód«.


Swój list emigrantka kończy, stwierdzając, że „w ostatnich latach ludzie się zmienili. Dawniej owszem, były między nami spory o politykę, ale obecna sytuacja doprowadza do rozpadów rodzin, rodzice wypierają się dzieci, rodzeństwo zrywa ze sobą kontakt, wieloletni przyjaciele zaczynają się nienawidzić, z wujostwem nie da się już rozmawiać, a dziadek czy babcia krzyczą, że będą używać obelżywych słów, bo takie ich prawo. Nie może być tak, że polityka stała się ważniejsza niż więzy rodzinne i międzyludzkie".


Moim zdaniem w liście tym można dostrzec kilka optymistycznych rzeczy. Po pierwsze lewacy uważają, że Polska to straszny kraj a Polacy to potwory. Po drugie lewacy chcą emigrować i emigrują. Po trzecie są normalni księża. Po czwarte młodzi na Podlasiu są nietolerancyjnymi homofobami. Po piąte rodzice potrafią odciąć się od swoich szurniętych dzieci. Zwolennicy Eugeniki mogliby nawet za pozytywne uznać to, że szurnięci lewacy zabiją swoje dzieci, by nie replikować swojego spaczonego kodu genetycznego.


Jan Bodakowski