26 listopada, znaczną większością głosów, Parlament Europejski przyjął rezolucję potępiającą orzeczenie polskiego Trybunału Konstytucyjnego, który jakoby “zakazał” aborcji w Polsce. Ludowe przysłowie powiada, że “nie dał Pan Bóg świni rogów, bo by ludzi bodła”. Ciekawe, czy “ojcowie założyciele” Unii Europejskiej, to znaczy – świątek Robert Schuman, filut Jan Monnet i Paweł Henryk Spaak – znali to przysłowie, ale jeśli nawet nie, to, chociaż pozwolili na utworzenie Parlamentu Europejskiego, to jednak odjęli mu wszelką, no – prawie wszelką władzę. Z tego powodu do Parlamentu Europejskiego zsyłani są na polityczną emeryturę tak zwani “byli ludzie”, albo trafiają tam durnie, którym nikt gdzie indziej nie powierzyłby żadnej władzy nawet w gorączce. Nie  będę wymieniał nazwisk, bo nie wiem, czy nie są one chronione jakimiś faszystowskimi regulacjami, ale każdy wie, kogo mam na myśli. Toteż Parlament Europejski ma tylko dwie kompetencje stanowiące; może zatwierdzić, albo nie zatwierdzić Komisji Europejskiej in corpore oraz może albo przyjąć, albo odrzucić budżet UE. Poza tym może groźnie kiwać palcem w bucie, uchwalając rozmaite rezolucje przeciwko trzęsieniom ziemi, przeciwko lodowcom, albo przeciwko powodziom, czyli zajęciami w sam raz dla “byłych ludzi” i dla durniów, którzy zresztą są za to suto wynagradzani, że daj Boże każdemu. A właśnie ta rezolucja potwierdza, że ci parlamentarzyści “nie wiedzą, co czynią”, bo w przeciwnym razie wiedzieliby, że Trybunał niczego nie “zakazał”, a tylko odpowiedział na pytanie, czy aborcja eugeniczna jest zgodna z konstytucją, czy nie. Biorąc pod uwagę treść art. 38 konstytucji, było oczywiste, że TK nie może orzec inaczej, niż orzekł, ale zrozumienie takich rzeczy najwyraźniej przekraczałoby możliwości umysłowe większości tamtejszych hebesów i -  jakby to powiedział marszałek Piłsudski - “kobiet z rozdziwaczoną płcią”.



   Naturalnie nie ma najmniejszego powodu, by tym groźnym kiwaniem palcem w bucie się przejmować, to znaczy – nie byłoby, gdyby ta rezolucja nie była ogniwem w łańcuchu przedsięwzięć zaplanowanych przez żydokomunę, tradycyjnie stojącą w awangardzie komunistycznych rewolucji. W rezultacie rezolucja ta z pewnością dostarczy dodatkowego paliwa przygasającej obecnie “rewolucji macic” - żeby aktywistki płci obojga mogły odprawować swoje sabaty aż do Sylwestra, po którym rządy w Polsce obejmie – no właśnie, kto? Czy rabin Schuldrich z panem Jonatanem Danielsem, czy też pan Jonatan Daniels i pan red. Michnik, jako plenipotent starego żydowskiego grandziarza finansowego Jerzego Sorosa, czy może “Margot” do spółki z panią Klementyną Suchanow, która już raz miała go “molestować” i to z użyciem “przemocy” - tego jeszcze nie wiemy tym bardziej, że warunkiem sine qua non tej zmiany ma być dymisja rządu obecnego. Ale co będzie, jeśli rząd nie zloży dymisji? Czy “słońce się zaćmi i księżyc nie da światłości swojej, a gwiazdy spadać będą” - co, jak wiadomo, jest zwiastunem końca świata, czy też nic się nie zaćmi, ani nic nie spadnie? Tego też jeszcze nie wiemy prawdopodobnie dlatego, że i Rada Konsultacyjna Strajku Kobiet nie została jeszcze o tym poinformowana, ale nie tracimy nadziei, że w odpowiednim momencie zostanie nam to objawione.



   Głównym postulatem “rewolucji macic” pozostaje jednak “aborcja na życzenie”, czyli zagwarantowanie kobietom możliwości samodzielnego decydowania, czy ich dzieci w embrionalnej fazie życia zostaną poćwiartowane w rzeźni im. Króla Heroda, czy doktora Józefa Mengele, czy też nie. Aktywistki “rewolucji macic” i ich sympatycy argumentują, że “kobieta” powinna mieć swobodę decydowania o swoim ciele. To jednak byłoby wyważaniem otwartych drzwi,  bo wygląda na to, że “kobiety” nie są do końca pewne, gdzie kończy się ich własne ciało, a gdzie zaczyna się cudze. Takie sytuacje są podobno możliwe, ale raczej tylko podczas stosunku płciowego i to nie przez  cały czas, tylko w fazie orgazmu, który w przypadku wielu kobiet stanowi – jak twierdzi poeta - “rzadkość wielką i obrosłą mitem”. Normalnie jednak nikt “kobiecie” nie broni decydować o swoim ciele i na przykład nikt by jej nic nie zrobił, gdyby amputowała sobie ręce, wypaliła azotowym kwasem “miejsca intymne”, a nawet ucięła głowę piłą tarczową. Wątpliwości powstają w momencie, gdy chodzi o ciało dziecka w embrionalnej fazie życia, czyli ciało cudze. Że jest to ciało cudze, to najlepszym dowodem jest zapłodnienie w szklance. Ciało powstałe w wyniku takiego zapłodnienia poza organizmem  trzeba dopiero potem wszczepić  “kobiecie” - bo samo jej nie wyrośnie. W tej sytuacji ambicje “kobiet” by mogły same decydować o losie cudzego ciała, można porównać do ambicji złodzieja, by, powołując się na “prawo wyboru”, mógł sam decydować, kogo może bezkarnie okraść.



   Ale – na co zwracałem już uwagę – żeby w ogóle doszło do pojawienia się cudzego ciała, to najpierw trzeba odbyć pewne czynności, których rezultatem bywa właśnie to. O tym, by “kobiety” przy odbywaniu takich czynności bardziej uważały, nie ma chyba mowy, jako że ich zgoda na takie czynności bywa często jedynym sposobem na ułożenie sobie życia.  A skoro tak, to potem trzeba walczyć o aborcję, czyli poćwiartowanie ofiary chwilowej nieuwagi. Jest jednak sposób, by i wilk był syty i owca cała. Każda kobieta, która nie może wytrzymać bez aborcji, powinna profilaktycznie poddać się wypatroszeniu, polegającemu na ekstrakcji tej części swojego ciała, która  jest przyczyną kłopotów. Taka operacja nie wzbudzałaby niczyich wątpliwości, bo w tym przypadku chodziloby niewątpliwie o część ciała kobiety – a dzięki temu mogłaby ona uprawiać “seks bezpieczny” z  każdym, kto tylko miałby na to ochotę. Jestem pewien, że każda rzeźnia im. Króla Heroda, czy doktora Józefa Mengele, nie tylko chętnie wykonywałaby zabiegi patroszenia, ale w dodatku przeprowadzałaby je profesjonalnie, bezboleśnie i w warunkach sterylnych. Zatem ryzyko niewielkie, dolegliwość prawie żadna, a korzyści trwałe. Poza tym, byłaby to praktyczna realizacja prawa wyboru, bo jeśli któraś by nie chciała, to by nie musiała poddawać się takiemu zabiegowi.  I wreszcie  trzeba wymienić jeszcze jedną korzyść. Myślę bowiem, że zabiegowi patroszenia poddawałyby się kobiety aktywizujące się na rzecz “rewolucji macic”, podczas gdy inne, raczej by patroszenia unikały. W ten sposób, w ramach jednego pokolenia, można by pozbyć się postępactwa, bo w tej sytuacji rozmnażać by się mogły wyłącznie kontrrewolucjonistki, co niewątpliwie podniosłoby jakość naszego społeczeństwa – również od strony eugenicznej.



                                                                              Stanisław Michalkiewicz