A cała historia rozegrała się z powodu miłości (a w zasadzie braku miłości, szczególnie fizycznej) i związanej z tym zazdrości. I to nawet nie indywidualnej, tylko zazdrości zbiorowej. W Amazonie bowiem pracowali Arabowie i do momentu zatrudnienia Murzynów robili w nim za samców Alfa, któremu żadna świnia (pardon dziewczyna, tak niewinna i biała, jak śnieg pod Katowicami, ale także i dorodna, zaniedbana mężatka) oprzeć się nie mogła. Ta oliwkoskórość, ciemnookość, brutalność we współżyciu (brana przez kobiety za pasyjną namiętność) i umiejętność mówienia „habibi” we właściwych momentach konwersacji ze swoją habibi sprawiały, że zatrudnionym w Amazonie Polkom na widok chłopców z Tysiąca i Jednej nocy wilgotniały… oczy. W końcu jak to słusznie ujął Marek Hłasko w jednym ze swoich opowiadań sutener (i podrywacz) nie może być tylko wulgarnym chamem i brutalnym sadystą, lecz musi mieć całą gamę uczuć – od nieskończonej łagodności do skrajnego okrucieństwa i brutalności, ponieważ tylko wtedy zapewni sobie pełną kontrolę nad sercem, duszą i ciałem kobiety (i zapewni sobie jak największe zyski z jej pracy pod latarnią). Nie bez powodu w krajach rzekomo cywilizowanych (czyli krajach Zachodu) tak wielu sutenerów to Arabowie (w ogóle muzułmanie, bo również Albańczycy, Czeczeni, Pakistańczycy, Marokańczycy i mieszkańcy Bangladeszu) oraz Murzyni. Oni po prostu wiedzą kiedy kobietę przytulić, a kiedy jej porządnie przypierd…ć, tak żeby pracowała najefektywniej na ulicy i jak najwięcej kaski do domu przynosiła.

A potem do tego symbiotycznie idealnego miejsca wszedł element podwójnie obcy. W postaci pięciu czarnoskórych „studentów” (to dzisiaj synonim każdej łajzy przed czterdziestką z Trzeciego Świata, który nie dostał normalnego pozwolenia na pracę i musiał kombinować z wizą studencką). W każdym razie zaczęli oni tam pracować, w efekcie czego Arabowie z Alfa stali się samcami Beta, a Polaków „nasza” płeć rzekomo piękna (a złożona z sylikonu, akrylu, kolagenu i kwasu hialuronowego) w ogóle przestała zauważać. Taka niesłychana popularność Afrykanowa nie mogła się spotkać z przychylnością dotychczasowych liderów stada, którzy przecież w swoim mniemaniu uchodzili za zdecydowanych samców Alfa i Chadów (to takie młodzieżowe określenia samca na którego widok prawie każda samica zachwyca się i zrzuca dolną część bielizny ściągając ją przez głowę). Stąd w szafkach ciemniejszych z ciemnych przypadkiem znalazły się... prezerwatywy. A MurzynoPolacy wylecieli z zakładu na przysłowiową zbitą mordę.

A przecież zostali ewidentnie wrobieni. Ponieważ co do używania prezerwatyw przez wyżej wymienionych to jest ono na poziomie używania prysznica przez słowackich Cyganów przed ustawieniem się pod agencją pracy tymczasowej – czyli na poziomie zbliżonym do zera statystycznego. Niesławny Simon Mol mógłby być tego najlepszym przykładem – pomimo wirusa HIV gum nie używał.

Okazało się jednak, że numer na prezerwatywy jest jednorazowy. Gdy został wykonany po raz drugi (już na kolejnych zatrudnionych MurzynoPolakach) ochrona poinformowała szefostwo, ale to zlekceważyło podejrzenie kradzieży i nie nadało biegu sprawie, co sprawiło, że dumni synowie pustyni chodzili po zakładzie niepocieszeni.

Cóż, nabicie Murzynka Bambo przez Araba w gumę (bynajmniej nie arabską) to unikalna akcja, która (podobnie jak sprzedanie garnków za 12 tysięcy złotych emerytowi) się udaje tylko raz. Jeden raz. A morał moralny i walor pedagogiczny z tej powiastki opisującej naszą rzeczywistość wokół nas panującą wyciągnijcie sami.

Piotr Stępień