Zwłaszcza to ostatnie było dość wyraźną, chociaż oczywiście buńczuczną wskazówką, bo to stwierdzenie nie wydawało się prawdziwe. Już w czasach napoleońskich pewna dama twierdziła, że nawet Pan Bóg jest po stronie silniejszych batalionów, co wydaje sie słuszne, chociaż warto się zastanowić, które właściwie bataliony są silniejsze? Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że silniejsze muszą być te większe, te które mają lepszą broń i za którymi stoi zasobne państwo! Ale, jak pamiętamy z historii wojen, często zwyciężały bataliony mniejsze, a nawet całkiem niewielkie, jak choćby szwadron polskich ułanów pod dowództwem Jana Leona Hipolita Kozietulskiego, który brawurową szarżą sforsował wąwóz Somosierra w Hiszpani, uważany za pozycję nie do zdobycia. Zatem nie tylko liczebność decyduje, nie tylko potężniejsza broń – bo przecież Somosierra była najeżona armatami, podczas gdy ułani Kozietulskiego szarżowali z szablami – ale również odwaga i dobry plan taktyczny i wreszcie to co w wojsku określa się mianem “morale”. Nawiasem mówiąc, Jan Kozietulski został pochowany w podziemiach kościoła w Belsku Dużym, więc miłośnicy dawnej broni i barwy, a także – bojowych tradycji Wojska Polskiego, mogliby tę okoliczność wykorzystać w celach popularyzacyjnych. “Ziemia już drży, ziemia drży, młody szyldwach oczy przeciera, o Boże mój, Boże mój, to ułani spod Somosierra. Barwny ich strój, barwny strój, amaranty zapięte pod szyją. O Boże mój, Boże mój – jak to polskie ułany się biją”  - głoszą słowa piosenki “Wizja szyldwacha”. Szwadron Kozietulskiego niewątpliwie charakteryzował się wysokim morale, dzięki czemu dowódca mógł zdecydować się na śmiały, chociaż ryzykowny atak. I to jest ilustracja potwierdzająca słowa piosenki, że “zwycieży, kto najmocniej chce”.

   Właśnie możemy się o tym przekonać, śledząc wydarzenia w Agfanistanie. W chwili, gdy to piszę, talibowie właśnie zdobyli stołeczny Kabul. Powtórzyły się sceny z Wietnamu, kiedy to wietnamscy uciekinierzy i resztki amerykańskiego personelu w popłochu ewakuowały się śmigłowcami z dachu ambasady amerykańskiej w Sajgonie, a pośpiech był taki, że aby na lotniskowcu zrobić miejsce na kolejnych, lądujących helikopterów, te, z których uciekinierzy już wysiedli, spychano do morza. Potem, jak pamiętamy, zwycięscy komuniści urządzili pozostałym Wietnamczykom, którzy na śmigłowiec, ani nawet do ambasady amerykańskiej nie zdążyli, krwawą łaźnię, z której wydostali się już niezbyt liczni tak zwani “boat people”, a których przepadkowe statki podejmowały na otwartym morzu, o ile oczywiscie wcześniej się nie utopili. Podobnie musi być teraz w Afganistanie, a zwłaszcza w Kabulu, do którego pewnie schroniła się wiekszość amerykańskich kolaborantów – bo formacja 3 tys, żołnierzy, którą Stany Zjednoczone wysłały do Afganistanu na pięć przed dwunastą, miała ewakuować tylko  Amerykanów, a także Anglików i Kanadyjczyków, których trochę jeszcze tam zostało. Całe szczęście, że polscy askarisi zdążyli ewakuować się wcześniej, bo wprawdzie braterstwo broni – braterstwem, ale kiedy przyjdzie co do czego, to “brat brata w d... harata” i każdy ratuje się, jak może.

   Teraz prawdopodobnie amerykańskich kolaborantów w Afganistanie czeka krwawa łaźnia, bo talibowie już wcześniej pokazali, że nie żartują. Chociaż prezydent Bush, a potem wszyscy inni prezydenci zapowiadali, że koniec talibów jest bliski, to jednak nie pozwolili oni się zawojować i w końcu zmusili Amerykanów do ucieczki z podwiniętym ogonem – podobnie jak to miało miejsce kilka lat wcześniej w Somali. Inna sprawa, że właściwie trudno odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie Amerykanie ze swymi sojusznikami do Afganistanu weszli i to po fatalnych doświadczeniach, jakie wcześniej stały się tam udziałem Sowieciarzy. Jak to pisał jeszcze w latach 60-tych “w warszawskiej urzędówce Kulturze komunistyczny parobek Hamilton” -  poszło o prestiż: nie chcą stracić prestiżu. Nawiasem mówiąc, kiedy przyjrzymy się wojnom, jakie Stany Zjednoczone  prowadziły lub w jakich brały udział po II wojnie światowej, to ze zdumieniem przekonujemy się, że były one następstwem zbuntowania się dawnych amerykańskich agentów. Takim był przecież Ho Chi Minh, którego Amerykanie dopieszczali w czasie wojny z Japonią, a który potem nie widział powodu, by nadal czapkować Francuzom, czy Amerykanom. Takim był Saddam Husajn, na którego Stany Zjednoczone nie pozwoliły powiedzieć złego słowa, dopóki był “naszym sukinsynem” to znaczy – dopóki wojował z Iranem – ale  kiedy, nie mogąc doczekać się wynagrodzenia za swoje usługi, sam zapłacił sobie Kuwejtem , to nagle okazało się, że to diabeł wcielony, tłusta plama na ludzkości, którą za wszelką cenę trzeba zetrzeć. Wreszcie  Osama Bin Laden: “póki gonił zające, póki kaczki znosił, Kasztan, co chciał, u pana swojego wyprosił”, no a kiedy się zbutował, to trzeba go było zaciukać i w tym celu wprowadzić wojska do Afganistanu. Oczywiście o tym mówiło się półgębkiem, bo przede wszystkim chodziło o wyeksportowanie do Afganistanu demokracji – a któż lepiej demokrację  zagospodaruje, jeśli nie amerykańscy agenci? Jasne, że nikt lepiej tego nie zrobi, ale wśród plusów dodatnich tej sytuacji, jest jeden plus ujemny. Ten mianowicie, że agenci – jak to agenci – chcą na sprzyjającej okazji zarobić, ale przecież nie po to uwijają się wokół zarobku, by ktoś odstrzelił im głowę! Myślę, że tu właśnie tkwi odpowiedź na pytanie, dlaczego utworzona z takim nakładem środków  przeszkololna przez pierwszorzędnych fachowców  afgańska arrmia i bezpieka, pod naporem talibów sromotnie podała tyły, oddając im jedna prowincję po drugiej, a wreszcie oddała im  Kabul, w związku z tym teraz mogą oni liczyć już tylko na wielkoduszność Allaha. Kto będzie nadstawiał karku, by sodomici mogli się gzić z gomorytkami, albo pani Marta Lempart z przyjaciółkami mogła się na każde żadanie – i oczywiscie na koszt państwa – wyskrobywać?

   Warto o tym pomyśleć i rozebrać sobie to wszystko z uwagą własnie teaz, kiedy pan Antoni Blinken z Departamentu Stanu Naszego Najważniejszego a może nawet – Jedynego Sojusznika, daje wyraz swemu “głębokiemu zaniepokojeniu” z powodu “lex TVN” oraz nowelizacji kodeksu postępowania administracyjnego i przestrzega – podobnie jak liczne grono  kongresmanów z obydwu partii – że jak Polska się nie opamięta i nie zacznie skakać z gałęzi na gałąź przed Żydami, to zagrozi w ten sposób swojej obronności. Wszystko to być może, ale warto zwrócić uwagę, że jeśli właśnie prezydent Józio Biden wyprzedaje Polskę Naszej Złotej Pani i Putinowi, to może nie powinniśmy się naszą “obronnością” aż tak bardzo przejmować? Któż bowiem obroni nas przed  sojusznikami?

Stanisław Michalkiewicz