"Tak więc, kiedy nie robiono im zastrzyków, ich wskaźnik infekcji wynosił 1,3%, a kiedy je wstrzykiwano, wynosił 4,34%. Wzrósł on o ponad 300%"

- stwierdziła była pracownica firmy Pfizer, Karen Kingston.

'Mieli mniej infekcji, gdy nie mieli ochrony. Więc to jest problem".

Były pracownik firmy Pfizer, a obecnie informator, przedstawił dokumentację wskazującą na to, że farmaceutyczny gigant - którego oparta na genach szczepionka COVID-19 została już podobno wstrzyknięta Amerykanom prawie 225 milionów razy - wie, że te zastrzyki powodują, iż przyjmujący je stają się bardziej podatni na zarażenie wirusem COVID-19.  

W sobotę Karen Kingston, była pracownica firmy Pfizer, ekspert ds. marketingu farmaceutycznego i analityk biotechnologiczny, pojawiła się obok adwokata ds. praw wolności medycznej Thomasa Renza na publicznym spotkaniu.  Prawnik z siedzibą w Ohio był zaangażowany w kilka dużych spraw wniesionych przeciwko agencjom federalnym związanych z oszustwami i naruszeniami praw wolności medycznej w ciągu ostatnich 19 miesięcy.

Na uwagę zasługuje "dokument informacyjny" wykorzystany podczas spotkania komitetu doradczego Agencji ds. Żywności i Leków (FDA) w dniu 17 września 2021 roku. Zatytułowany "Application for licensure of a booster dose for COMIRNATY (COVID-19 Vaccine, mRNA)", zawiera raport z badania przeprowadzonego przez firmę Pfizer, sprawdzającego trwałość odporności zapewnianej przez ich produkt w czasie.  

Obejmujące ponad 36 tys. uczestników, główne badanie wykazało, że grupa, której wstrzyknięto preparat wcześniej, była bardziej narażona na zakażenie wirusem niż grupa, której wstrzyknięto go później, co wskazuje na możliwe "słabnięcie odporności" na zastrzyki. Grupa zaszczepiona wcześniej miała 7% szans na infekcję w tym okresie, a ci zaszczepieni później tylko 5,16%, co równa się temu, że pierwsza grupa miała 36% większe szanse na infekcję niż druga.

Ponadto, ponieważ w obu grupach pomiary przeprowadzono w tym samym okresie, przy czym w drugiej z nich zastosowano znaczny okres placebo przed wstrzyknięciem (średnio 5,1 miesiąca), grupa placebo była wyjątkowo nietknięta. Jak stwierdziła Kingston w rozmowie telefonicznej z LifeSiteNews:

"W grupie placebo powinno być więcej osób zarażonych, ponieważ dłużej pozostawali bez żadnej ochrony”.

Zasugerowała, że w związku z tym wydaje się to wskazywać, że osoby zaszczepione mają jeszcze większe szanse na zarażenie się wirusem COVID-19 niż 36% różnica wykazana przez tę część badania.  

Rozszerzając ten wniosek o krok dalej, dokument donosi:

"Dodatkowa analiza wydaje się wskazywać, że częstość występowania COVID-19 generalnie wzrastała w każdej grupie uczestników badania wraz ze wzrostem czasu po podaniu dawki nr 2".

Innymi słowy, mówi Kingston:

„Jeśli otrzymałeś dwie dawki Pfizera, Twój wskaźnik zarażenia wzrasta z czasem”.

Prowadząc do odkrycia, które analityk biotechnologiczny nazwał "super alarmującym", w raporcie przyjrzano się wyłącznie grupie placebo, porównując wskaźnik infekcji w pierwszych czterech miesiącach, kiedy nie mieli żadnej ochrony, z czterema miesiącami po wstrzyknięciu produktu firmy Pfizer.  

Podczas tego początkowego okresu placebo, dokument donosi, że wskaźnik infekcji w tej grupie wynosił "12,6 przypadków na 1000", co odpowiada wskaźnikowi infekcji na poziomie 1,3%. Po podaniu zastrzyków wystąpiły "43,4 przypadki na 1000”, co daje 4,34% wskaźnika infekcji.

Następnie Renz zadał pytania dotyczące tego, czy jakiekolwiek dokumenty firmy Pfizer i FDA wskazują na to, że oparta na genach szczepionka COVID firmy farmaceutycznej powoduje taki rodzaj rozsiewu, który mógłby wywołać chorobę u osób nieszczepionych, które spędzają wystarczająco dużo czasu w pobliżu osób, które otrzymały te zastrzyki.

Przedstawił on fragment dokumentu z badań nad szczepionką COVID-19 firmy Pfizer, który wymagał zgłoszenia do działu bezpieczeństwa w przypadku "stwierdzenia ciąży u kobiety narażonej" na działanie badanej interwencji, nawet jeśli nastąpiło to tylko "przez wdychanie lub kontakt ze skórą".  

Rozszerzając tę ostrożność o jeden kontakt dalej, dokument przewiduje, że jeśli "męski członek rodziny lub pracownik służby zdrowia, który był narażony na działanie badanej substancji poprzez inhalację lub kontakt ze skórą" następnie "narazi swoją partnerkę przed lub w okolicach czasu poczęcia", to również należy to zgłosić.

"Dlaczego jest to zgłaszane jako zdarzenie niepożądane?"

- zapytał Renz.

 "To nie ma żadnego sensu. Cóż, ma całkowity sens, jeśli dochodzi do zakażenia".

W artykule z 26 sierpnia dr Peter McCullough poinformował o badaniu preprintowym, które "wykazało, że osoby zaszczepione przenoszą 251 razy większy ładunek wirusów COVID-19 w nozdrzach w porównaniu do osób nieszczepionych”.

"Podczas moderowania objawów infekcji, szczepionka pozwala zaszczepionym osobom nosić niezwykle wysokie obciążenia wirusowe bez zachorowania na początku, potencjalnie przekształcając je w presymptomatycznych super-rozsiewców"

- napisał McCullough, redaktor dwóch głównych czasopism medycznych.

Wskazał, że może to być powód, dla którego tak wiele miejsc doświadcza tak "wybitnego wybuchu epidemii", nawet przy bardzo wysokim poziomie odporności stadnej i zaszczepionych osobach.

Oprócz tego, że skuteczność szczepionki firmy Pfizer wynosi obecnie od 17% do 42%, "znacznie poniżej 50% normy regulacyjnej, która pozwala na wprowadzenie szczepionki na rynek", możliwość, że zaszczepieni staną się super-rozprzestrzeniaczami nie powinna być zaskoczeniem.  

Praca z 2003 roku analizująca zastosowanie szczepionek przeciwko koronawirusom u kurcząt i proponująca je do zwalczania SARS w populacji ludzkiej, stwierdza:  

Zastosowanie szczepionki przeciwko SARS jest być może najlepiej ograniczone do minimalnej liczby docelowych osób, które można monitorować, ponieważ niektóre zaszczepione osoby mogłyby, w przypadku zakażenia koronawirusem SARS, stać się bezobjawowymi wydalaczami wirusa, stwarzając w ten sposób zagrożenie dla osób nieszczepionych.