Lubię twórczość Denisa Villeneuve. Najbardziej tą najbardziej znaną, czyli „Sicario i jego kontynuację „Łowcy Androidów” - „Blade Runnera 2049”. Jednak cały dorobek wskazuje, że jest artysta wybitny. Nie przestraszył się, że na „Diunie” wyłożyli się jego sławni poprzednicy. Pierwsza miała być ekranizacja Jodorkowskiego, później Ridley'a Scotta, aż w końcu w 1984 roku zekranizował powieść David Lynch. I okazała się klapą. Później w 2000 roku powstał miniserial stacji SyFy, który został wyprodukowany przez Richarda P. Rubinsteina i wyreżyserowany przez Johna Harrisona. Główne role w produkcji zagrali Alec Newman, Julie Cox, Barbora Kodetová, Saskia Reeves i William Hurt. Trzy lata później serial doczekał się kontynuacji adaptującej wątki z dwóch kolejnych powieści Franka Herberta, „Mesjasza Diuny” i „Dzieci Diuny”. Jednak także ta ekranizacja pomimo pewnego rozmachu nie powaliła na kolana. Dlatego czekałem na najnowszą Diunę. Film zadebiutował 3 września 2021 na 78. festiwalu w Wenecji.

Czym w ogóle jest Diuna? To powieść, a później cały cykl powieści napisany przez Franka Herberta, a później kontynuowanych przez jego syna Briana Herberta we współpracy z znanym autorem SF Kevinem J. Andersonem o planecie pod tym samym tytułem – Diuna (Arrakis). Pierwsza z książek ukazała się w 1965 roku. Planeta choć sama jest wysuszoną pustynią to pod swoją powierzchnią ma najcenniejszą substancję znaną w tym Wszechświecie – przyprawę, zwaną melanżem. Ponieważ przedłuża ona życie oraz umożliwia podróże w czasie i przestrzeni. To dzięki niej w ogóle może istnieć komunikacja pomiędzy odległymi rejonami wszechświata, ponieważ jest to świat człowieka pozbawiony komputerów i sztucznej inteligencji. Dlatego przyprawa jest surowcem pożądanym przez wszystkie siły polityczne i kto kontroluje jej zasoby posiada wielką władzę. Ponieważ jest to jedyna planeta we Wszechświecie gdzie owa przyprawa występuje. Z drugiej strony ta pustynna planeta jest tak uboga w wodę, że „czci się na jej powierzchni pojedynczą łzę”. A z ciał zmarłych wodę się odzyskuje. Ten feudalny świat człowieka, pozbawiony obcych ras, gdyż w powieści Herberta jesteśmy we wszechświecie sami opiera się na władzy Padyszacha – Imperatora wraz z jego przerażającymi wojownikami z planety więziennej Salus Secundus saudarkarami, feudalnych wysokich rodach, Gildii Gwiezdnej, kompanii handlowej KHOAM i tajemniczemu, zakonnemu zgromadzeniu kobiet Bene Gesserit, które ma własne cele oparte na genetycznym kojarzeniu ludzi z wysokich rodów jak szczury doświadczalne w celu uzyskania Wybrańca.

Sama pierwsza powieść to historia uwikłanych w okrutną vendettę dwóch wielkich rodach Atrydów i Harkonnenów. Spisek Harkonnenów i Imperatora sprawia, że przywódca rodu Atrydów książę Leto zostaje przeniesiony z dotychczasowego świata – Caladanu i otrzymuje nadanie na Arrakis. To co się wydaje wyjątkowym zrządzeniem losu tak naprawdę jest pułapką. W wyniku której prawowity władca Paul Atryda zostaje podstępnie zamordowany w spisku, a władza nad planetą przechodzi w ręce rodu Harkonnenów. Tymczasem przejawiający wyjątkowe zdolności prawowity spadkobierca tronu, syn księcia Paul zostaje porzucony na pustyni. Gdzie jego przeżycie zależy od rdzennych i prymitywnych, ale mających bardzo surowe zasady mieszkańców planety Fremenów.

Denis Villeneuve podobnie jak jego poprzednicy musiał zmierzyć się z ogromem tego uniwersum. I z jego skomplikowaniem. Ponieważ oprócz czystej akcji, jaką jest wojna rodów, czy pozyskiwanie przyprawy z planety musiał odnieść się także do tematów, które zawsze ciężko się ekranizuje – ekologii, genetyki i polityki. Mimo to nie śpieszy się, nie biegnie ze scenariuszem. Wręcz przeciwnie - „Diuną” można się delektować. Powoli, nie śpiesząc się zagłębiamy się w obcy dla nas świat. Ten sposób opowiedzenia historii jest znacznie lepszy w odbiorze, niż typowy hollywodzki pociąg. Jednak czy ten sposób przedstawienia historii nie sprawi, że na Diunę pójdzie o wiele mniej osób, niż gdyby to była wyłącznie historia sensacyjna. Zobaczymy. W każdy razie ja gorąco polecam.

Piotr Stępień