Ostatnio pisaliśmy o skandalicznym zachowaniu Marty Lempart wobec sprzątaczki. Pod pretekstem walki o prawo do mordowania dzieci, Lempart i jej mały „dwór” protestowali przed siedzibą PiS. W ramach akcji, wylano czerwoną farbę na budynek, w którym znajduje się siedziba partii.

Krótko potem do Lempart wyszła miejscowa sprzątaczka, która musiała pozbyć się zabrudzeń jak najszybciej. W przeciwnym przypadku miałaby problemy w pracy. Zapytała obecnej tam Lempart, „kto to tak zrobił”, na co tak odpowiedziała bez cienia skrępowania „otóż ja”.

– Ja walczę za pani dzieci też – odpowiedziała Lempart. – To niech pani umyje teraz! – powiedziała sprzątaczka. – Nie – odpowiedziała liderka tzw. strajku kobiet. – A pani myśli, że mi za co płacą? Miliony zarabiam, żebym za kogoś sprzątała? – rzuciła sprzątające kobieta.

Postawę jednej ze współczesnych ikon polskojęzycznej lewicy skrytykowały nawet organizacje lewicowe czy ichni celebryci. Więcej na ten temat można przeczytać TUTAJ.

Choć miała miejsce solidna autokompromitacja, to media mętnego postanowiły nie odpuścić i dać szansę Lempart na wyjaśnienie swojej postawy i wypowiedzi. Jeśli ktoś sądzi, że wykorzystała szansę dobrze, to jest w srogim błędzie.

Otóż Marta Lempart w ogóle nie czuje się winna całej sytuacji ani temu, że dołożyła pracy kobiecie – którą wedle swoich roszczeń, ma rzekomo reprezentować. Liderka tzw. strajku kobiet została zapytana przez „Onet” o negatywne komentarze na temat zaprezentowanej przez nią postawy.

Rozumiem, że pani sprzątająca była wściekła i że ma dodatkową robotę przez to, kim jest jej pracodawca: zorganizowaną grupą przestępczą, działającą z pozycji partii politycznej. PiS powinien dopłacać osobom przez siebie zatrudnianym, bo to one ponoszą konsekwencje tego, że ludzie tak nienawidzą tej partii i przeciwko niej protestują – palnęła Lempart. Tak oto nie dość, że dowaliła kobiecie pracy i potraktowała ją w chamski sposób, to teraz jeszcze de facto zarzuciła jej pracę dla grupy przestępczej.

Ale tego by było mało. Dodała bowiem, że ogólna sytuacja w Polsce sprawia, że nie tylko sprzątaczka, ale i wszyscy inni mają więcej pracy. – Żadna z nas się na to nie pisała. Ja też nie pisałam się na to, czym się teraz muszę zajmować. Za wszystko to, co się dzieje i za to, że cierpią niewinni ludzie, odpowiada PiS. To jest ciągle ta sama historia. Tak samo protesty powodują, że ktoś gdzieś nie może dojechać, nie może czegoś załatwić. Ale to nie powód, aby przestać protestować – przekonywała dalej Lempart. Parafrazując, „no smutno strasznie, ale ja też mam źle, więc się odwalcie”. Mistrzyni PR-u!

Następnie Lempart odniosła się do opinii części internautów, że powinna sprzątaczce zapłacić za to, że ta miała więcej pracy niż zwykle przez jej akcję. – Nie zgadzam się z tym. Tak samo my nie powinniśmy płacić za radiowozy przed domem Jarosława Kaczyńskiego. To właśnie prezes PiS powinien ponosić konsekwencje swoich decyzji politycznych – kontynuowała szefowa tzw. strajku kobiet.

Ani rządząca oligarchia ani Marta Lempart nie należą do mojej bajki. Natomiast nie trzeba być sympatykiem kogokolwiek, by dostrzec, że akcja liderki tzw. strajku kobiet oraz późniejsza jej – chyba nawet jeszcze bardziej bezczelna niż sam protest – wypowiedź sprawi, że rządzącym skoczy poparcie do góry. W końcu ludzie ulegają iluzji, jakoby alternatywy były tylko dwie: PiS albo bezczelna chuliganka, która gardzi pracującymi ludźmi i wyzywa ich od kryminalistów, gdy miała pecha i stanęła na jej drodze w złym czasie.

Wątpię, by Lempart była na tyle bystra, by być opłacanym agentem partii rządzącej. Nie można jednak wykluczyć takiej możliwości. Jej ostatnie wyskoki bowiem mocno podbudują wizerunek rządu, który z powodu kolejnych restrykcji, zapowiedzi kolejnej segregacji sanitarnej oraz ogłoszonej właśnie najwyższej inflacji rok do roku w tym stuleciu, staje się coraz mniej popularny.

Jak jednak napisałem, moim zdaniem Marta Lempart nie jest na tyle bystra, by na taką okazję się załapać. Jest raczej osobą, która naprawdę nieświadomie pracuje na to, by PiS pozostał przy władzy, ciesząc się naprawdę niemałym poparciem społecznym mimo wszystkiego, co się dzieje. Na tego typu osoby zaś było bardzo trafne, choć nieeleganckie określenie w okresie PRL-u: Pożyteczny idiota. Czy w tym przypadku pasuje? Odpowiedź pozostawię w domyśle.

 

 

Dominik Cwikła
 

Autorem jest dziennikarzem i publicystą, założycielem portalu kontrrewolucja.net. Profile autora w mediach społecznościowych: Facebook, Twitter, YouTube