I nie powiem, żeby wszyscy jadący po serialu nie mieli racji – ten serial był jeszcze gorszy, niż opisywali go internauci oceniając na 1 w 10-stopniowej skali. Oczywiście jest w nim wszystko to, co Netflix lubi najbardziej. A więc są czarne, żółte i transseksualne elfy. Są również elfy-części rowerowe (te części, których rowerzysta dotyka stopami). Są rozmaici homosie, transy i inni zbocz… niepoukładani seksualnie. Jest także karlica, przepraszam krasnoludzica, która jest chorą psychicznie lesbijką – schizofreniczką, która wsypała swoją zmarłą ukochaną do swojego młota! Która chodzi po tym świecie z owym młotem i wali nim ludzi po kolanach (ponieważ zasadniczo tylko tam sięga). Naprawdę – nie żartuję. Krasnoludzka lesbijka z pół metra cięta ma młot w których są prochy jej ukochanej tej samej płci (nie zorientowałem się, czy tej samej rasy, czy zamiast krasnoludzicy była to na przykład ludzka, czy elficka samica). W każdym razie postacie mają być kolorowe, różnorodne i walczące o tolerancję, a wychodzi, że są płaskie, jak klatka piersiowa feministki. Niektórzy recenzenci posunęli się nawet do opinii, że „interakcje pomiędzy nimi są naturalne, niczym kolor włosów nastoletnich Julek”.

 

Akcja wartka, jak zator w publicznej toalecie z zepsutą spłuczką i zakręconą wodą. Scenariusz, który wygląda jakby go napisał opóźniony umysłowo niepiśmienny Cygan, któremu pomagało dziecko ze żłobka i szympans z pobliskiego ZOO. W efekcie dzieło całkowicie nie trzyma się kupy, ma takie pozory realizmu, jak tvn-owskie „królowe życia”, a jednocześnie wszystko jest do bólu przewidywalne. Tak więc udało się coś niemożliwego – coś jest jednocześnie przewidywalne i pozbawione sensu. Jak dodamy ujęcia, montaż, efekty specjalne i reżyserię to mamy już kompletny obraz tej tragedii. Co do scenariusza to jego autor z dumą opowiadał, że napisał go na serwetkach knajpie. Nie przewidział tylko tego, że po wytrzeźwieniu to nie będzie już tak odkrywcze i genialne i że należałoby to jeszcze raz przeczytać. Wszystkim, którym wydawało się, że „Władca Pierścieni. Pierścienie Władzy” od Amazona, albo trzy sezony „Wiedźmina” od Netflixa są beznadziejne polecam obejrzeć to coś – i choć może się to wydawać niemożliwe jest jeszcze dwa poziomy gorsze. Tak wiem – tamte seriale były bardzo złe, ale ten jeszcze je przebija o kilka długości. Kiedyś słyszałem uwagę o Micku Jaggerze – „tak brzydki, że aż ładny”. Ten serial jest tak brzydki i tak denny, że Mick Jagger byłby przy nim misterem świata. I to po kilku latach leżenia w trumnie i przy ciągłości procesu rozkładu.

 

Nie da się tego obejrzeć na trzeźwo

 

Jednego można być pewnym. Serial „Wiedźmin: Rodowód krwi” jest czymś, czego się nie da obejrzeć na trzeźwo. Wymaga od nas wcześniejszego obniżenia sobie IQ nawet nie kilkoma łykami, ale co najmniej półlitrową butelką mocnego destylatu, żeby później cieszyć się jak dziecko z tej komedii nieromantycznej. Trudno tak mimowolnie uzyskać efekt komiczny, a tutaj „tfurcom” się to udało. Wtedy można radośnie rżeć, niczym mecenas Kuń w czasach, kiedy jeszcze był źrebakiem i wesoło hasał po nadwiślańskich łąkach przy tym rżąc radośnie. Ten serial jest tak zły, że aż zabrakło dla niego skali i to bez względu na portal. I tak w IMDb skala zaczyna się od 1, a ten serial uczciwie zasługuje na 0. Co jest już prawdziwym osiągnięciem.

 

Na jednym z portali początkowa ocena widzów była 8 na 100! Potem wzrosła do 12. Po prostu szał. Co już jest prawdziwym mistrzostwem świata, ponieważ żaden serial przed nim nie osiągnął tak niskiej oceny! Można powiedzieć, że Netflix w przypadku tego serialu przypomina świnię, która ryjem jeździ już po dnie koryta. Jak mawiali kiedyś – dno i pięć metrów mułu. Zrobić coś tak złego to prawdziwa sztuka, jednak ja wierzę w „tfurców” z Netflixa. I wiem, że stać ich na więcej. Na serial który widzowie ocenią nawet 5 na 100. Mam już nawet pomysł na scenariusz.

 

Zdzisław Markowski